1942

Z getta w Theresienstadt do obozu Auschwitz II-Birkenau

Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau

Historia deportacji Żydów z getta w Theresienstadt do niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz II-Birkenau

27 września 1941 roku władzę nad Protektoratem Czech i Moraw objął szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) SS-Obergruppenführer Reinhard Heydrich. Kilka dni po nominacji zwołał w Pradze konferencję, podczas której zapowiedział, że w przeciągu dwóch miesięcy zamierza „oczyścić” z Żydów cały obszar znajdujący się pod jego jurysdykcją. Jedna z pierwszych decyzji, jaką podjął, dotyczyła utworzenia „tranzytowego getta dla Żydów”, którzy będą stamtąd stopniowo ewakuowani na tereny wschodnie.

Na miejsce to wybrano Terezin (niem. Theresienstadt) – miasto leżące około 60 km na północny zachód od Pragi. Posiadało ono dość dużą liczbę wielkich, pochodzących z XVIII wieku, austriackich budynków koszarowych, a niedaleko znajdowała się linia kolejowa, którą mogły przybywać i odjeżdżać transporty z ludnością żydowską.

Podczas obrad konferencja w Wannsee, która odbyła się 20 stycznia 1942 roku, omówiono „techniczną” stronę realizacji programu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” i zarządzono, aby Europa „została przeszukana z Zachodu na Wschód” w celu ujęcia wszystkich Żydów, a zwłaszcza na terytorium Rzeszy z Protektoratem Czech i Moraw. Wówczas też Theresienstadt został określony mianem „Altersghetto” (getto dla starców).

Miasto przeznaczono na rzekomo „uprzywilejowany” pobyt Żydów z Niemiec i Austrii – osób starszych, zwłaszcza weteranów I wojny światowej oraz osób powszechnie znanych z działalności społecznej i kulturalnej. Naziści niemieccy sądzili, że w ten sposób uspokoją międzynarodową opinię publiczną zaniepokojoną realizacją programu ewakuacji Żydów „na Wschód”.

W czerwcu 1942 roku Niemcy zakończyli akcję wysiedlenia mieszkańców Terezina, a miasto od tej pory stało się ogromnym obozem-gettem. W całym okresie swego funkcjonowania terezińskie getto pełniło trzy podstawowe funkcje, które przeplatały się i uzupełniały nawzajem: zbiorczego i tranzytowego obozu dla Żydów deportowanych na „Wschód”, miejsca wyniszczenia przez głód i trudne warunki bytowe, ale było również wykorzystywane dla celów propagandy.

Początkowo do Theresienstadt kierowano Żydów z Czech i Moraw oraz Niemiec i Austrii – byli to głównie prominenci i osoby zasłużone. Jednak już od kwietnia 1943 roku deportowano tu także Żydów z Holandii, od października z Danii, pod koniec 1944 roku ze Słowacji, a początkiem 1945 roku z Węgier. Łącznie do getta przywieziono ok. 140 tys. osób.

Warto wspomnieć, że podczas prowadzonych w III Rzeszy akcji „ewakuacyjnych” do Theresienstadt stosowano niezwykle cyniczny manewr. Przed deportacją Żydzi musieli podpisywać formularze, w których stwierdzali, że „zmieniają” miejsce zamieszkania. Zapewniano ich, że w ramach rekompensaty za pozostawione mienie, a więc domy i mieszkania, otrzymają odpowiednie zakwaterowanie w „getcie starców”.

Poprzez takie działanie Niemcy mieli możliwość prowadzenia „legalnej” wymiany nieruchomości. Na miejscu jednak okazywało się, że kwaterą jest prycza i dwa metry kwadratowe powierzchni budynku, w którym przed laty skoszarowani byli żołnierze austriaccy.

Liczba osadzonych w terezińskim getcie stale rosła. We wrześniu 1942 roku było tam już ponad 53 tys. ludzi. Warunki, w jakich przyszło im żyć, były katastrofalne. Przy ogromnym przepełnieniu wkrótce niewystarczające okazało się zaopatrzenie w prąd i wodę, dochodziło do wybuchu epidemii różnych chorób, a głód i brak odpowiedniej opieki medycznej powodowały wysoką śmiertelność. Ogółem w getcie zginęło ponad 33 tys. ludzi, co oznacza, że umarł prawie co czwarty więzień. Przejmujący jest fakt, że w getcie zamknięto również ok. 15 tys. dzieci. Więźniowie starali się stworzyć dla nich nieco lepsze warunki egzystencji. Organizowano naprędce ochronki, co jednak nie uchroniło ich przed śmiercią.

Spośród ok. 140 tys. więźniów tam osadzonych na Wschód deportowano prawie 87 tys. z nich. I choć w Theresienstadt nie znano całej prawdy o losie deportowanych, to jednak pojęcie „transport” stało się synonimem grozy, cierpienia i śmierci.

Machina deportacyjna ruszyła w styczniu 1942 roku. Do połowy października tego roku na okupowane ziemie polskie i tereny byłego ZSRR deportowano ponad 42 tys. terezińskich Żydów. Transporty skierowano m.in. do: Rygi, Izbicy, Lublina, Bełżca, Sobiboru, Treblinki, Małego Trościeńca i Baranowicz niedaleko Mińska, ale także innych miejsc.

W kolejnych miesiącach transporty kierowano do Auschwitz. Od lutego 1943 roku nastąpiła niespodziewanie siedmiomiesięczna przerwa w deportacjach. Decyzja ta mogła mieć związek z ówczesną sytuacją Niemiec, która po stalingradzkiej klęsce jawiła się coraz bardziej niepewnie.

Gdy początkiem 1943 roku Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża wystąpił o wysłanie z Berlina delegacji w celu przeprowadzenia inspekcji w terezińskim getcie, hitlerowcy wyrazili na nią zgodę i rozpoczęli akcję „upiększania miasta”. Słowo „getto” zastąpiono określeniem „żydowski teren osiedleńczy” (Jüdisches Siedlungsgebiet), ulicom nadano nowe nazwy, utworzono bank „samorządu żydowskiego” (bank „der jüdischen Selbstverwaltung”) i wprowadzono do obiegu walutę getta tzw. Ghettokrone. Władze niemieckie zezwoliły ponadto na przesyłanie do Terezina paczek z zagranicy, nie zapomniano także o życiu kulturalnym. Delegaci Niemieckiego Czerwonego Krzyża zostali 28 czerwca 1943 roku oprowadzeni po getcie przez oficerów Sipo-SD, wśród których był Adolf Eichmann.

Niebawem przeprowadzono jedną z największych akcji deportacyjnych do KL Auschwitz. Wznowienia deportacji domagały się kręgi SS zarządzające Theresienstadt, motywując to przeludnieniem getta i niebezpieczeństwem wybuchu epidemii tyfusu, która mogłaby się rozprzestrzenić poza granice Protektoratu. Nie bez znaczenia dla tej decyzji był także wybuch powstania w getcie warszawskim, gdyż hitlerowcy chcieli uniknąć podobnej sytuacji w Theresienstadt.

Poprzez deportacje na Wschód można było łatwo osłabić potencjał oporu. W okresie od września 1943 do października 1944 roku do Auschwitz wysłano ogółem 18 transportów liczących w sumie 37 232 więźniów, w tym transport ok. tysiąca dzieci, które w sierpniu 1943 roku przybyły do Theresienstadt z Białegostoku. W getcie rozeszła się wówczas pogłoska, że mają one zostać wymienione za Niemców i prawdopodobnie wysłane do Palestyny. Po dwóch miesiącach zostały wszystkie wraz ze swoimi opiekunami wywiezione do Auschwitz i tam zamordowane.

Większość kierowanych do Auschwitz transportów spotkał po przybyciu taki sam los, jak innych Żydów przywożonych tu z różnych krajów okupowanej Europy, tj. natychmiastowa śmierć w komorach gazowych. Jednak w przypadku siedmiu transportów, które do Auschwitz skierowano we wrześniu i grudniu 1943 roku oraz w maju 1944 roku, liczących ogółem 17 420 osób, hitlerowcy zrezygnowali z procedury tzw. specjalnego potraktowania (Sonderbehandlung). Z powodów, które nie są jasne, ale mogą mieć związek z wizytą w Terezinie przedstawicieli Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, ludzi tych nie skierowano do komór gazowych, tylko całymi rodzinami umieszczono w Birkenau na odcinku (BIIb) nazwanym obozem rodzinnym dla Żydów z Terezina – „Familienlager Theresienstadt”. Pozwolono im tam jeszcze żyć, ale niedługo – około sześciu miesięcy.

W czerwcu 1944 roku przedstawiciele Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża dokonali drugiej inspekcji w Terezinie. Jej przyczyną była sprawa deportacji do tego getta w październiku 1943 roku kilkuset Żydów duńskich. Rząd Danii oraz przedstawiciele Duńskiego Czerwonego Krzyża zaczęli domagać się wizyty w mieście, do którego wywieziono ich obywateli. Adolf Eichmann ponownie dołożył starań w celu „upiększenia” miasta, gdzie uporządkowano trawniki, a park miejski – do tej pory niedostępny dla więźniów – otrzymał nowy wygląd. Ustawiono w nim karuzele, stworzono plac zabaw, zorganizowano odpowiednie miejsca dla uprawiania sportu. Na trasie, którą planowano prowadzić inspektorów, odnowiono fasady domów, wybrukowano ulice, w domach trzypoziomowe prycze zastąpiono łóżkami. Wprowadzono szereg zabiegów mających na celu kamuflaż terezińskiej rzeczywistości. Także i tym razem taktyka pozorów w połączeniu z brakiem dociekliwości ze strony delegacji nie wywołały żadnej reakcji potępiającej poczynania nazistów. Wprost przeciwnie: inspektorzy poświadczyli, że Terezin jest dla Żydów miejscem docelowym, a istniejące w nim warunki bytowe są względnie dobre.

Deportacja Żydów z Pilzna do getta w Terezinie. Źródło: Yad Vashem

Fragment wspomnień Hany Novákovéj (z domu Sainerová), deportowanej do Auschwitz w grudniu 1943 roku, miała wówczas 9 lat.

[…] Do Terezina wywieziono całą naszą rodzinę – oprócz tatusia – w grudniu 1942 roku. […] Było nas troje dzieci – bliźnięta – brat i ja – i starsza siostra.

[...] wszystkie zdarzenia widziałam z perspektywy dziewięcioletniego dziecka – to znaczy, jako oczywistość, że tak musi być. […]

Mój brat został umieszczony w Kinderheimie, moja siostra także – ja jedna zostałam z mamusią najdłużej – do czerwca lub do lipca. Obok kościoła na rynku w Terezinie był wielki, żółty dom, który był przeznaczony tylko dla dziewcząt – był całkiem zajęty.

Pomieszczenie, w którym byłam ja, było stosunkowo duże – chyba około 5 x 4 m, mogło tu być około dwudziestu dziewcząt w wieku od trzech do piętnastu lat. Spałyśmy na trzypiętrowych pryczach – pamiętam mnóstwo pluskiew. W pomieszczeniu spały z nami razem wychowawczynie – były one także spośród więźniarek, traktowały nas dobrze, ale surowo.

[...] kiedy przyjechałam do Terezina, umiałam to, co każde dziecko w pierwszej klasie. Uważałam uczenie się w Terezinie za coś, na co nie muszę regularnie uczęszczać, coś, do czego nikt mnie nie zmusza. Uczenie się trwało 2 – 3 godziny dziennie – głównie rachunki i czytanie.

Tuż obok Heimu był ogród z ogromną jabłonią. Pewnego razu zdarzyło się, że wzięłam cegłę i wdrapałam się na jabłoń. Nie sądziłam, że jabłka są dla strażników, bo po ogrodzie można było poruszać się swobodnie. Zostałam bardzo zwymyślana za ten występek, a wychowawczyni powiedziała mi, żebym spakowała swoje rzeczy i poszła do mamusi. Musiałam ją więc bardzo, bardzo prosić, żebym mogła zostać w Heimie – i mamusia za mnie prosiła.

Jako dzieciom wolno nam było poruszać się swobodnie po getcie – byłam wścibską dziewczynką i wałęsałam się wszędzie, gdzie tylko było można, chodziłam także na boisko, gdzie chłopcy grywali w piłkę nożną. Nie miałam tu zabawek, ale nawet za żadnymi nie tęskniłam. Byłam dzieckiem bardzo ożywionym, najchętniej gdzieś się wałęsałam.

[...] mnie smakowało w Terezinie wszystko – gulasz, ziemniaki, po prostu wszystko, co dostawaliśmy. Od czasu do czasu w tym jedzeniu było także ciastko drożdżowe, polane ziemniaczaną leguminą – także mi smakowało. Wiem, że była tu osobna kuchnia dziecięca, ale jedzenie w niej przygotowywane zbytnio się nie różniło od jedzenia dla dorosłych.

Nie mogę sobie przypomnieć, jak myłyśmy się w Heimie, ale wiem, że często chodziłam się kąpać na basen. Rozdawano bowiem bilety na kąpiel w basenie, a mnie nie zawsze udawało się je zdobyć. Basen znajdował się za Heimem. Były wyznaczone dni na kąpiel – osobne dla kobiet i osobne dla mężczyzn.

Pamiętam, że prowadziłyśmy próby do jakiejś sztuki, której już nie zdołałyśmy zagrać, ponieważ wielka część dzieci wywieziona została w transporcie do obozu koncentracyjnego. Myślę, że w tej sztuce miałam grać leoparda lub lamparta.

Już wcześniej (nie mieszkałam jeszcze w Heimie) prowadzono próby “Żuczków”.Grano w koszarach drezdeńskich i widziałam to przedstawienie wielokrotnie – chodziłam tam z biletem i bez biletu. Bilety rozdawał Fredy Hirsch, zawsze je od niego wybłagałam, a jeśli nie, to przekradałam się bez biletu. Powtórzyło się to, kiedy wystawiano “Brundibara”. Czasami właziłam pod scenę i w ten sposób umiałam właściwie całego “Brundibara” na pamięć.

[...] Chorowałam w Terezinie. Miałam skłonność do zapalenia opon mózgowych. W samym Heimie był gabinet i izolatka, gdzie leżałam przez jakiś czas. Był tutaj lekarz.

Źródło: APMA-B, Zespół  Wspomnienia, t. 238, s. 191-194.

Fragment wspomnień Markety Tanzerovej, deportowanej do Auschwitz we wrześniu 1944 roku z Therezienstadt,  nie miała tatuowanego numeru, po krótkim pobycie została wywieziona do KL Flossenbürg.

[...] Mieszkańcom getta nakazano spacerować po rynku. W Terezinie jeździł karawan, którym wożono martwych do krematorium. Po przybyciu komisji wóz został przyozdobiony i młoda dziewczyna cała w bieli rozwoziła nim chleb po mieście. Dziewczęta, które pracowały w ogrodzie, dostały jednakowe zielone ubrania, piękne stroje, dali im grabie, koszyki i miały iść w kierunku wodnej bramy (przy moście) i przy tym śpiewać. Komisja przyjechała do Terezina około południa, wszystko było już przygotowane. Dziewczęta musiały na przykład już od wczesnego rana niezliczoną ilość razy chodzić wytyczoną dla nich trasą, to jest do wodnej bramy.

Tego dnia Niemcy dali im jeść pięć razy.

Szefem komisji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża był Duńczyk, który chciał oczywiście zobaczyć internowanych Duńczyków, ale oni byli rzekomo na wycieczce w Pradze. Tymczasem wywieziono ich gdzieś za Litomierzyce.

W ptaszarni dzieci wystawiały „Brundibara”.

W dzień, kiedy przybyła komisja, grano w ptaszarni dla dorosłych „Sprzedaną narzeczoną” albo „Dalibora”.

Wyposażenie kawiarni na rynku przywiezione zostało z Pragi, w ptaszarni urządzono ogromna bibliotekę, pamiętam, że przywieziono tam ręcznie rzeźbioną biblioteczkę (chyba z jakiegoś zamku)[…].

W 1943 roku przywieziono do Terezina dzieci z Białegostoku. Internowano je i przydzielono dzieciom około 50 pielęgniarek i kilku lekarzy. Zgłosiło się wielu kandydatów, ponieważ mówiło się, że dzieci maja być wymienione za niemieckich jeńców. Wszyscy potem zginęli w oświęcimskich komorach gazowych. […]

29 września 1944 roku wyjeżdżał transport do Oświęcimia […]. W naszym transporcie było dużo dzieci. Po naszym transporcie jechało kilka wielkich transportów, w których byli prawie sami młodzi ludzie. W Terezinie zostali tylko starsi albo chorzy i ci, którzy pełnili ważne funkcje, np. lekarze, pielęgniarki itp. […].

 Źródło: APMA-B, Zespół  Wspomnienia, t. 237, s. 58.

„Familienlager Theresienstadt“ w KL Auschwitz-Birkenau

Niemcy zdawali sobie sprawę, że przedstawiciele Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża mogą zażądać także dowodu na to, że deportowani z Theresienstadt Żydzi żyją i mają się dobrze również w KL Auschwitz. Utworzony więc został na terenie obozu Auschwitz II-Birkenau tzw. tereziński obóz rodzinny, oznaczany również jako sektor BIIb. Na jego terenie zainstalowano 32 drewniane baraki typu stajnie końskie, które stały się barakami mieszkalnymi – każdy dla ponad 300 więźniów, i jedynie 6 baraków sanitarnych (umywalnie i latryny). Przez 10 miesięcy istnienia „obozu rodzinnego” skierowano do niego  ponad 17 tys. więźniów. Jedynie 1200 z nich dane było przeżyć Auschwitz i inne obozy, do których ich później wywieziono.

W chwili przybycia pierwszych więźniów prace budowlane jeszcze trwały, wiele baraków nie zostało jeszcze zainstalowanych, a w części brakowało prycz. Wody było mało, a do tego nie nadawała się do picia.

Określenie „obóz rodzinny” nie oznaczało bynajmniej, że rodzinom pozwolono mieszkać razem. Mężczyzn i chłopców umieszczono w barakach o numeracji parzystej, a kobiety razem z dziećmi w nieparzystej.  Osadzonym pozwalano jednak zachować swój bagaż i nosić cywilne ubrania, nie strzyżono im także głów. Podobnie jak w przypadku innych więźniów Auschwitz, wytatuowano im numery obozowe i wprowadzono obozowy porządek, choć w złagodzonej formie. Nie podlegali np. okresowym selekcjom, podczas których słabych oraz chorych kierowano do komór gazowych.

Cynicznym elementem prowadzonej przez nazistów gry była możliwość pisania co jakiś czas listów oraz otrzymywania paczek, czego zabroniono Żydom przebywającym w innych częściach obozu. Oczywiście obozowa cenzura dbała o ich „odpowiednią” treść, gdyż zawarte w nich informacje miały być kolejnym potwierdzeniem znośnego losu kierowanych na Wschód Żydów.

W jednym z baraków utworzono blok dziecięcy, który był czymś w rodzaju szkoły i świetlicy. Dzieci uczyły się tam piosenek, wierszy, prac ręcznych, odbywały się lekcje. Starszym chłopcom pozwolono nawet wydawać własne czasopismo. W baraku tym urządzono ponadto prostą scenę, przeznaczoną na występy dzieci, a dla przedszkolaków wykonano kukiełki do teatrzyku lalkowego. Przebywające tu dzieci miały trochę lepsze wyżywienie – dla nich osobno gotowano zupę, od czasu do czasu otrzymywały dodatkowe porcje marmolady oraz margaryny. Były one jednak każdego dnia świadkami tragicznej rzeczywistości, a stworzony dla nich blok mógł tylko na chwilę oderwać je od obozowego koszmaru.

Przebywający w Familienlager więźniowie zmuszani byli do wykonywania różnych prac, głównie związanych z ukończeniem budowy obozu, ale nie tylko: w jednym z baraków znajdowała się tkalnia, gdzie kobiety szyły z odpadów tekstylnych pasy do karabinów, utworzono komando do pogłębiania kanałów odwadniających, wielu więźniów pracowało również poza terenem „obozu rodzinnego”. Wielogodzinna praca ponad siły, różnorodne szykany oraz ustawicznie panujący głód były przyczyną bardzo wysokiej śmiertelności.

Warto wspomnieć, że 5 kwietnia 1944 roku zbiegł z obozu więzień Familienlager, Siegfried Lederer. Uciekł w mundurze SS dzięki pomocy esesmana Viktora Pestka, który uchodził wśród więźniów za przyzwoitego człowieka. Lederer wyszedł z Birkenau w towarzystwie Pestka i zdołał przedostać się do Pragi, a później do Terezina, gdzie poinformował tamtejszą Radę Starszych o losie Żydów w KL Auschwitz. Wojnę przeżył. Tragiczny los spotkał natomiast Viktora Pestka, który został ujęty przez SS, a po okrutnym śledztwie rozstrzelany.

Likwidacja obozu rodzinnego nastąpiła w dwóch etapach: w marcu i lipcu 1944 roku. W nocy z 8 na 9 marca, pod pozorem przeniesienia do obozu pracy, wywieziono do komór gazowych 3791 mężczyzn, kobiet i dzieci. Już po ich śmierci rodziny zamieszkałe w różnych krajach otrzymywały kartki pocztowe z datą 25-27 marca. W rzeczywistości zostały napisane na początku marca, ale władze obozowe nakazały je więźniom postdatować, tłumacząc, że muszą przejść cenzurę w Berlinie. Na początku lipca 1944 roku w wyniku przeprowadzonej selekcji przeniesiono do innych obozów ok. dwóch tysięcy kobiet i tysiąca mężczyzn. Pozostałych ok. siedem tysięcy, łącznie z dziećmi, zamordowano w komorach gazowych. Familienlager Theresienstadt w KL Auschwitz II-Birkenau przestał istnieć.

Pomimo że funkcjonowanie obozu familijnego definitywnie zostało zakończone, to „kamuflaż tereziński” realizowany był nadal. W sierpniu i we wrześniu 1944 roku hitlerowcy nakręcili w Terezinie film propagandowy pt. “Theresienstadt. Ein Dokumentarfilm aus dem jüdischen Siedlungsgebiet” (Terezin. Film dokumentalny z terenu osadnictwa Żydów), znany także pod tytułem: “Der Führer schenkt den Juden eine Stadt” (Führer ofiaruje Żydom miasto). Żydowscy aktorzy, starannie wyreżyserowane sceny, wszędzie widoczne zadowolenie – wszystko to miało zadać kłam pogłoskom o rzekomej eksterminacji Żydów. Reżyserem był znany żydowski aktor – Kurt Gerron, zamordowany później w Auschwitz.

Na zagładę do Auschwitz naziści wysłali jeszcze 11 transportów. Ostatni przybył do obozu 28 października 1944 roku. Selekcja przywiezionych nim Żydów, była zarazem ostatnią przeprowadzoną na rampie w Birkenau. Ogółem w czasie wojny skierowano z Terezina do Auschwitz 24 transporty liczące ponad 46 000 Żydów.

Pod koniec października 1944 roku liczba Żydów osadzonych w getcie Terezin zmalała do około 10 tys., by jeszcze po niedługim czasie, w wyniku przybycia kolejnych transportów, osiągnąć stan 17 tys. Historia terezińskiego getta zakończyła się dopiero 8 maja 1945 roku, kiedy do miasta wkroczyły jednostki Armii Czerwonej.

Fotografia lotnicza wykonana w 1944 roku przez aliantów. Na zdjęciu widać obóz Auschwitz II-Birkenau. Źródło: APMA-B
Mapa ilustrująca położenie odcinka BIIb, na którym istniał obóz dla rodzin z Theresienstadt. Źródło: PMA-B

Fragment wspomnień Jany Adlerovej, deportowanej do Auschwitz w grudniu 1943 roku transportem z Therezienstadt.

 „[…] Byłam w Terezinie z córką i byłyśmy ciągle razem w kobiecych koszarach. Zaraz zgłosiłyśmy się do pracy, mianowicie pracowałyśmy w OD (Ordungsdienst – służba porządkowa). Po jakimś czasie (było to w zimie) zostałam kierowniczką OD w koszarach drezdeńskich. Dzięki temu przez jakiś czas broniło mnie to przed transportami, moją córkę także. Później moja córka dostała miejsce u Löwensteina, który kierował strażą getta. W 1943 roku straż getta rozwiązano, pana Löwensteina Niemcy zamknęli, a całą straż getta wysłano w transport, w tym i moją córkę, a ja dobrowolnie zgłosiłam się z córką do transportu. Było to w grudniu 1943 roku […].

Mieszkałam tylko w sudeckich i drezdeńskich koszarach […].

W warsztatach u pana Hoffenreicha zrobiono nam łóżka, miałam z córką jedno, podwójne łóżko […].

Nasz pokój był na pierwszym lub drugim piętrze, w pokoju było nas 11, wszystkie tak zwane urzędniczki i wszystkie miałyśmy łóżka. Kiedy był transport nie szło się spać, pracowało się przez całą noc. Oprócz tego rano był apel, około godziny 7.00, przełożony budynku nam mówił, co nowego, czy przyjedzie transport, oprócz tego załatwiało się takie bieżące, codzienne sprawy, jak na przykład, że podwórze nie jest zbyt czyste, że gdzieś leżą papierki, że o godzinie 8.00 ma być pościelone itd. W południe szło się na posiłek.

Jedzenie było złe: przeważnie to była zupa, następnie głównie dużo fioletowej kaszy w beczkach albo ziemniaki i jakiś sos, knedle drożdżowe, ziemniaki w łupinie. Chleb fasowałyśmy zawsze rano, wypadało po kawałku na dzień, ale konkretnej ilości nie pamiętam. Było tego mało. Nie miałam żadnej możliwości by zdobyć więcej jedzenia […].

Nie wolno nam było wychodzić z koszar, tylko ja jako kierowniczka dostałam przepustkę.

[…] Najgorsze w Terezinie były te dni, kiedy powieszono tych młodych. To było straszne. U nas w koszarach była matka jednego z tych zabitych. Była tam grobowa cisza, a ona tak krzyczała, że nam włosy stawały dęba ze strachu. Zaciemniłyśmy okna i zapaliłyśmy wszystkie świeczki jakie miałyśmy. Tak było dwukrotnie. Smutek był w całym mieście i wszyscy płakaliśmy. Nie zapomnę nigdy tej modlitwy. Wydano rozkaz dzienny, że nikomu nie wolno wychodzić z koszar, że przeprowadza się sąd nad tymi, którzy nielegalnie wysłali listy do matki czy do kogoś w Pradze. Było to straszne jak ci nieszczęśnicy płakali i wzywali matki. A biedny Edelstein musiał tam być. To był wielki mężczyzna. I w ogóle cały Ältesterrat.

My kierownicy, mieliśmy co tydzień posiedzenie i Edelstein z nami rozmawiał. A później był jeszcze jeden, smutny dzień, kiedy ludzie z transportu AK 1 musieli jechać do Lidic, żeby kopać groby. Kiedy wrócili, pytaliśmy ich, co się dzieje, co robili, dlaczego są tak wycieńczeni, ale oni tylko machali rękami i nie chcieli mówić, dopiero stopniowo nam opowiedzieli, co widzieli. To było straszne, to były smutne dni.

A później jeszcze jeden dzień był straszny. Wygnano nas wtedy na łąkę, gdzie staliśmy następnie cały dzień, bez celu i bez żadnej przyczyny, cały dzień gonili jak szaleni. Myśleliśmy, że nas zastrzelą. Wieczorem przyszedł nagle rozkaz: „Wracać!” Myślałam, że nas zdepczą. A później ciągle były te złe transporty, kiedy człowiek wiedział, że wywożą znajomych […].

Do Oświęcimia jechaliśmy w wagonach towarowych, był to transport 1000 ludzi, mogliśmy zabrać ze sobą plecak. Następnie kiedy wysiadaliśmy z pociągu, przyszło komando »Kanada« i pozbierało nam wszystko: Przecież tego nie potrzebujecie, tak czy tak pójdziecie do gazu. Zaprowadzono nas do »obozu familijnego«; był już tam także transport wrześniowy, który później, 8 marca, cały skierowano do gazu. My z córką próbowałyśmy za wszelką cenę utrzymać czystość. Mimo że była zima, codziennie myłyśmy się całe w takim korycie z lodowatą wodą, później stałyśmy tylko w tych łachach na apelu i nic nam nie było.

[...] Tutaj w Oświęcimiu dokonałam rozrachunku z życiem, w ogóle nic mi nie przychodziło do głowy, żebym mogła jeszcze dokądś stamtąd trafić. Pracowałyśmy w Weberei (tkalnia), praca pomagała to znosić, robiłyśmy jakieś pasy, ale tak samo wtedy przepłakałam każdą noc. Córkę, która miała 16 lat, trzymałam w ramionach i było mi jej strasznie żal, że ona też musi iść do gazu, że wszystkie musimy iść do gazu.

Po sześciu miesiącach była selekcja, wybrano nas do pracy w Hamburgu, i wybrano nas obie. […].”

Źródło: APMA-B, Zespół Wspomnienia t. 237, s. 216 – 217.

Fragment wspomnień Otto Deutscha deportowanego do Auschwitz 16 grudnia 1943 roku z getta w Terezinie, oznaczonego numerem obozowym 170105.

 „[…] Kiedy przybyliśmy do koszar sudeckich, chaos był nie do opisania. Niczego dla nas nie przygotowano. Sale były puste, przywitały nas tylko betonowe, wilgotne podłogi. Dla naszego AK2 przeznaczono salę S4, która miała pomieścić 400 osób. Kiedy tylko weszliśmy do sali Martin zauważył w koncie wielki, żelazny piec. Wyciągnął z kieszeni kawałek kredy i na podłodze narysował prostokąt, który miał być naszym „pokojem”. Później bardzo spokojnie pośród straszliwego zamieszania wyjął z kieszeni szachy i zaczęliśmy grać, jakby całe to szaleństwo wokół nas nie istniało. Następnie późno w nocy przywieziono na podwórze materace. Każdy trzymał paczkę z materacami i to było niewiarygodne, żebym z tysięcy tych materaców dostał swój własny. Później zacząłem myśleć, do której drużyny roboczej powinienem wstąpić. Martin zadecydował, że powinniśmy wstąpić do cieśli, na co musiałem uczciwie powiedzieć, że nigdy nie miałem piły w ręce. Martin uspokajał, że to nie ma znaczenia - nauczę się. Zapisaliśmy się sami do mistrza ciesielskiego Winklera (miał wielki zakład u siebie w domu). Kiedy zobaczył, jak trzymam piłę, rwał sobie włosy z głowy i powiedział, że 75% jego siły roboczej ma moje “wspaniałe” kwalifikacje.

[…] Dla rzemieślników wszystkich rodzajów były osobne warsztaty.

[…] Robiliśmy prycze dla 4 osób, 2 na dole, 2 na górze. Byliśmy bardzo głodni. Aby poprawić sytuację, Martin wpadł na nowy pomysł. Zaczęliśmy potajemnie robić zabawki – wszelkiego rodzaju drewniane samochody, a nawet konie na biegunach.

[…] Zależnie od rodzaju zabawek mogliśmy sprzedawać je za ćwiartkę, połówkę albo nawet za cały bochenek chleba. Nigdy nie brakowało nam klientów. Szczególnie ludzie z nowych transportów mieli dużo jedzenia z domu na początek, a więc mogli oni pozwolić sobie na oddawanie swoich porcji chleba (500 gramów, to była dzienna racja chleba).

[…] Tymczasem przybyła cała nasza wielka rodzina, a w końcu przyjechali moi rodzice w transporcie z Ostrawy. Późną jesienią tego roku (1942) przybył także transport starych ludzi z Sudetenlandu. Zdarzyło mi się być na służbie w baraku Jager, kiedy przybyli moi dziadkowie z Szumperku. Dziadek miał wtedy 91 lat, a babcia 92 lata. Zakwaterowano ich na strychu w straszliwych warunkach. W krótkim czasie wszyscy ci starzy ludzie dostali pcheł i zabrano ich do stacji odwszawiania. Rozebrano ich do naga i większość z nich dostawała zapalenia płuc i umierali jak muchy.[…]

18 grudnia 1943 roku zostaliśmy wywiezieni do Birkenau […]. Nasze ostatnie sztuki ubrania zostały ułożone na podłodze bydlęcego wagonu, którym mieliśmy być wywiezieni. Było po 50 do 60 osób w wagonie. Udało nam się zająć miejsca w pobliżu okna. […] Aby sobie ulżyć w podróży, musieliśmy korzystać z wiadra, które trzeba było opróżniać od czasu do czasu. To oznaczało, że podawano wiadro z rąk do rąk, aż dotarło pod okno i ostatnia osoba, która dostawała wiadro, oczywiście opróżniała je przez okno.

[…] W końcu pociąg przybył do Auschwitz późno w nocy. […] Konwój ciężarówek podwiózł nas do szeregu baraków, z których jeden oznaczony był słowem »Sauna«. (…) Byliśmy już od dawna bez jedzenia i wody i ci, którzy zdołali zatrzymać swoje kosztowności i pieniądze, wymieniali je teraz na picie i trochę chleba. Kubek herbaty miał wartość zegarka na rękę. Chaos był nie do opisania.

[…] Następnie przyszliśmy do »Sauny«. Mieliśmy wejść do wielkiej sali, gdzie wszyscy musieli rozebrać się do naga. Nasze ubrania włożono do worków i umieszczono w magazynie z mieniem więźniarskim (Effektenkammer). W kolejności alfabetycznej podchodziliśmy do innych więźniów, którzy tatuowali każdemu numer na lewym przedramieniu. Miałem numer 170105. Nago musieliśmy przebiec przez długi korytarz, mijając szeroko otwarte okna. To był grudzień i przemarzliśmy na kość. Znaleźliśmy się w sali »fryzjera«, gdzie ogolono nam wszystkie włosy. Ogolono nam nie tylko głowy, ale także pachy i włosy łonowe. Pamiętam, że około 50 ludziom zgolono włosy łonowe jedną brzytwą i to na sucho. Pamiętam, jak ludzie krwawili. Kiedy wszyscy zostaliśmy ogoleni, musieliśmy pobiec pod prysznic. Po wszystkich tych kłopotach i horrorach była to jedyna stosunkowo przyjemna część całej procedury powitania. Następnym etapem zabawy było ubieranie. Weszliśmy do sali z »ubraniem i bielizną«. Były tam stosy różnych rodzajów ubrań i za każdym stosem stał jeden polski więzień z kijem. Biegnąc, musieliśmy chwytać spodnie, płaszcz, koszulę, buty. Jeśli ktoś zatrzymałby się i chciał wybrać z tego stosu coś odpowiedniego, »policjant« zacząłby go bić kijem. Prędkość, z jaką przez to przeszliśmy, była taka, że po krótkiej chwili wszyscy byliśmy całkiem ubrani, wszystko pasowało i byliśmy gotowi wziąć udział w przyjęciu kostiumowym. Dostałem jakieś zielone bryczesy z czerwonym pasem po jednej stronie, płaszcz z gatunku takich z krótkimi rękawami, filcowy kapelusz z odciętym rondem, a zamiast butów miałem gumowe kalosze. Ostatnim etapem tej »inicjacji« było złożenie przez nas podpisu, że do obozu przyjechaliśmy dobrowolnie dla naszej własnej ochrony. […]

Umieszczono nas na odcinku BIIb w obozie familijnym, gdzie dołączyliśmy do wcześniejszych wrześniowych transportów z Theresienstadt. Kiedy tylko tam przybyliśmy, nasze kobiety ustawiły się i wszyscy mieliśmy wielkie problemy z rozpoznaniem się nawzajem. Zabrano nas do baraków, z których każdy przeznaczony był dla 400 więźniów. Były łącznie 32 baraki na odcinku BIIb. Pierwszą osobą, jaką spotkaliśmy, był mój brat Maxl, który przekazał mi wiadomość o śmierci naszego ojca. Jako spadek moja matka dała mi jego czapkę, którą nosił przez cały czas w obozie.

[…] Zapomniałem wspomnieć, że kobiety i mężczyźni zostali rozdzieleni do osobnych bloków. Co rano i co wieczór były apele organizowane przez esesmanów. Przeprowadzano je na zewnątrz baraków i czasami trwały godzinami, ponieważ liczby niemal nigdy się nie zgadzały. Następnie cały obóz był pod strażą wyprowadzany do pracy, która obejmowała noszenie kamieni do budowy drogi na naszym własnym odcinku.

Źródło: APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 238,  s. 61 – 70.

Pierwsza strona listy transportowej więźniów deportowanych z Theresienstadt do Auschwitz 6 września 1943 roku. Źródło: APMA-B
Widok baraków drewnianych na odcinku BII w Birkenau. Fotografia pochodzi z „Kroniki wyzwolenia” zrealizowanej po wyzwoleniu obozu. Na dalszym planie były obóz rodzinny dla Żydów z Theresienstadt. Źródło: APMA-B
Zdjęcie przedstawia wnętrze typowego drewnianego baraku mieszkalnego w Birkenau na odcinku BII. Źródło: APMA-B
Lista transportowa więźniów deportowanych z Theresienstadt do Auschwitz 6 września 1943 roku. Źródło: APMA-B
Walizka należąca do Valeski Moskiewicz. Nazwisko i imię figurują na liście transportowej z Theresienstadt do KL Auschwitz, z dnia 16 V 1944 r. Źródło: Zbiory PMA-B
Lista transportowa z Theresienstadt do KL Auschwitz, z dnia 16 V 1944 r. Zaznaczono na niej nazwisko Valeski Moskiewicz. Źródło: Zbiory PMA-B
Czółenko damskie z czarnej skóry, ozdobione dekoracyjnym szyciem na przyszwie oraz broszką. Źródło: Zbiory PMA-B
Wewnątrz buta atramentowy napis: Neumann Adele. Źródło: Zbiory PMA-B
Lista transportowa z Theresienstadt do KL Auschwitz z dnia 6 IX 1943 r. z zaznaczonym nazwiskiem Adele Neumann. Źródło: APMA-B
Broszka. Źródło: Zbiory PMA-B
Na odwrocie broszki napis: Made in Czechoslovakia. Źródło: Zbiory PMA-B
Szczotka do czyszczenia obuwia. Źródło: Zbiory PMA-B
Pudełko po pudrze dla dzieci. Źródło: Zbiory PMA-B
Papierowa paczka z papierosów z napisem: „Zora” 10 Zigaretten Cigaret. Źródło: Zbiory PMA-B
Naszywka ubraniowa. Źródło: Zbiory PMA-B
Zdjęcie byłego więźnia Alfreda Milka. Źródło: APMA-B

Fragment relacji Alfreda Milka, deportowanego do Auschwitz we wrześniu 1943 roku transportem z getta w Theresienstadt, oznaczonego numerem obozowym 146712.

 […] Wyładunek nastąpił w Oświęcimiu na rampie, gdzie esesmani kazali nam pozostawić cały bagaż twierdząc, że wszystko to będzie nam dostarczone. Ja wzbraniałem się i nie chciałem zostawić ani plecaka, ani paczek. Odebrano mi siłą. Później padł rozkaz, aby wystąpili lekarze. Było nas około 30. Jak się okazało, my lekarze mieliśmy przenieść zwłoki tych osób, które zmarły podczas przejazdu.

Nadmieniam, że w każdym wagonie jechało po około 60 do 80 osób. Przejazd trwał 3 dni, a transportem tym przewieziono 5000 ludzi. Chciałem wyjaśnić, że transportem tym przewieziono całe rodziny. Gdy skończyliśmy przenoszenie zwłok, zakwaterowano nas w drewnianych barakach odcinka »Familienlager« (odcinka BIIb obozu w Birkenau). W barakach tych znajdowały się długie przewody kominowe, biegnące wzdłuż baraku, przy ścianach były także końskie żłoby. Jak się okazało, przeznaczone dla nas baraki w rzeczywistości były wyprodukowane jako końskie stajnie dla Wehrmachtu. Pierwszą czynnością, jaką musieliśmy wykonać, to było przenoszenie i instalowanie w tychże barakach drewnianych – piętrowych prycz (na 8 osób). Prycze były bardzo ciężkie, nosiliśmy je po 10, 12 osób, odpoczywając raz za razem. Po skończeniu tych czynności rozdzielono nas do poszczególnych baraków. Mnie zakwaterowano w baraku nr 32. […]

Pragnę nadmienić, że w odcinku BIIb wzdłuż ulicy stały drewniane baraki po obu stronach, z tym że w barakach po jednej stronie mieszkały kobiety, w barakach po drugiej stronie mężczyźni. […]

Powracając do pierwszego dnia pobytu na odcinku BIIb, nadmieniam, że jedną z pierwszych czynności, które wszyscy musieli przejść, była kąpiel w Saunie, znajdującej się w tymże odcinku. Do środka Sauny wchodziliśmy nago. Ubrania i wszelkie kosztowności oraz przedmioty wartościowe oddawaliśmy niby dobrowolnie Niemcom na przechowanie – każdy składał podpis na przedkładanych mu dokumentach. Nim weszliśmy do Sauny, wytatuowano nam numery obozowe. Ja otrzymałem numer 146712. Przed kąpielą każdy został ogolony na całym ciele. Po kąpieli, podczas której spadło na nas parę kropli wody, wydano nam bieliznę. Otrzymałem przykrótkawą koszulę i cywilne ubranie, poznaczone pasami farby. Następnie zgromadzono wszystkich przy baraku nr 32, przy którym stał SS – Lagerarzt dr Mengele, dr König (wysokiego wzrostu) oraz SS – Lagerführer Buntrock. Mengele polecił, aby wystąpili lekarze. Po spełnieniu rozkazu każdemu zadawał pytanie dotyczące specjalności lekarskiej. Na końcu pozostałem ja i zameldowałem, że jestem »Hygienik« – wówczas Mengele oświadczył, że czyni mnie odpowiedzialnym za higienę na odcinku: czyszczenie ustępów, ulic itp. Ustępy znajdowały się za barakiem nr 32. Były to dwa baraki, obok nich stały baraki – umywalnie. Otrzymałem co prawda rozkaz zajęcia się i utrzymaniem czystości w ustępie dla mężczyzn, ale nie miałem żadnego sprzętu ani środków, które ułatwiłyby wykonanie rozkazu. Tymczasem więźniowie, masowo korzystający z ustępów, zanieczyszczali je bez przerwy, między innymi dlatego, że nikt nie siadał na zimnych, betonowych krawężnikach. Zajęty byłem bez przerwy, lecz nie sposób było stale utrzymać ustępy w czystości. Dostałem do pomocy więźnia cierpiącego na zaburzenia umysłu. Ustępy myliśmy wodą zmieszaną z chlorem. Lagerälterster Arno Bohm jako podstawowe i jedyne narzędzie pracy wydał mi ryżową szczotkę, używaną do mycia ustępu, w którym w trzech rzędach znajdowało się 426 stanowisk. Po dwóch dniach pracy szczotka była zdarta aż do deski – więc zgłosiłem się do Lagerältestera po nową. Przepędził mnie wrzaskiem »Hau ab!«. Nie bardzo wiedziałem, co to wyrażenie znaczyło – jakkolwiek znałem język niemiecki. Widać Bohmowi nie spodobał się wyraz zaskoczenia – widniejący na moim obliczu – bo spoliczkował mnie dodając: Masz sobie sam zorganizować. Od tego momentu okropnie się go bałem. Zapamiętał sobie moje nazwisko i aż mi skóra cierpła, gdy po obozie rozlegało się wołanie: Milek zu mir. Natychmiast biegłem do niego i zawsze otrzymałem parę uderzeń. Zresztą Bohm bił także innych. Nic dziwnego. Dobrze jadł, okradając więźniów, często chodził też pijany. Mieszkał w baraku nr 6, w którym nie było ustępu, więc potrzeby fizjologiczne zmuszony był załatwiać w ustępie zbiorowym dla mężczyzn. Stąd zresztą, jak przypuszczam, ta jego nadgorliwość w dążeniu do utrzymania idealnej czystości w tym przybytku. Aliści pewnego dnia w obozie zgasło światło. Nie pamiętam już, z jakiego powodu – gdy Bohm przynaglony potrzebą pognał do ustępu. Z ustępu nie on jeden widać korzystał, a brak światła spowodował, że nie mogłem tego przybytku dostosować do wymogów władzy. Łatwo sobie wyobrazić, jak mnie obił i zwymyślał, gdy utytłany w kale mógł wreszcie na mojej osobie wyładować wściekłość.

W baraku nr 32 została urządzona izba chorych, popularnie nazywana rewirem.

[…] Warunki higieniczne w odcinku BIIb były bardzo prymitywne. Na 32 baraki mieszkalne znajdowały się tylko dwa baraki ustępy (jeden dla mężczyzn i drugi dla kobiet) oraz dwa baraki umywalnie. Łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądał obóz po nocy, zwłaszcza gdy obowiązywała blocksperre (zakaz wychodzenia). Jeśli w baraku nie było żadnych ustępów, każdy musiał biec do ustępu na koniec odcinka. Droga ta wydłużała się w zależności od baraku, w którym spał obecny więzień. Rankiem każdego dnia Bohm skrupulatnie dokonywał oględzin obozu – i znów narażony byłem na bicie i wyzwiska. Żadne tłumaczenia nie trafiały mu do przekonania, a dowody mojej »opieszałej« pracy walały się w sposób widoczny na przestrzeniach pomiędzy barakami. Była to syzyfowa praca.

Nad moim losem ulitowała się wreszcie Dina Gittliebova, młoda i ładna dziewczyna, z zawodu malarka. Mieszkając w baraku nr 6, była sympatią bodaj samego Bohma. Natomiast jej matka sprawowała funkcję blokowej w baraku nr 30. Wyjaśniam, że połowę baraku nr 30 przemieniono na izbę chorych dla kobiet (interna), natomiast w drugiej połowie urządzono oddział infekcyjny, w którym przebywały zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Dzięki interwencji otrzymałem przydział w charakterze lekarza do wspomnianego oddziału infekcyjnego.

W oddziale infekcyjnym znajdowali się chorzy cierpiący na różne dolegliwości: tyfus brzuszny, róże, itp. Opiekując się chorymi, spałem w części wydzielonej dla tych chorych. Do pomocy przydzielono mi początkowo dwie, później jedną pielęgniarkę. Nazwisk ich nie pamiętam. Medykamenty przechowywano w baraku nr 32, lecz było ich bardzo mało. Nadmieniam, że nam, lekarzom, odebrano wszystkie medykamenty, które mieliśmy przy sobie podczas transportu, zaraz pierwszego dnia przy kąpieli w Saunie. Nadzór nad medykamentami, znajdującymi się w baraku nr 32, sprawował aptekarz dr Ludwik Sand, mieszkający obecnie w Pradze. Jako pomocnik zatrudniony był tam również dr Józef Hoffmann, zginął zagazowany w 1944 roku podczas likwidacji obozu rodzinnego.

[…] W baraku nr 31 znajdowała się »szkoła« dla dzieci, które przebywały na odcinku BIIb. Dziećmi zajmował się Fredy Hirsz, […] który wkładał wiele serca w organizowanie różnych możliwych do wykonania zabaw dla dzieci. Pomagało mu w tym parę innych osób. Wiem, że w bloku nr 31 organizowano amatorskie przedstawienia, gry zbiorowe. Hirsz – z wykształcenia chyba filolog, był stosunkowo młodym człowiekiem, liczącym około 30 lat. Wyróżniał się energią i pomysłowością działania. Na przedstawienia – organizowane w baraku nr 31 – zapraszano także esesmanów, dzięki czemu udało się zorganizować trochę dodatkowej żywności dla dzieci w postaci mlecznej zupy i innych produktów.

Więźniów przebywających w odcinku BIIb zatrudniano przy różnych robotach, budowali np. wewnętrzną drogę pomiędzy barakami. Przed naszym przybyciem w odcinku BIIb nikt nie mieszkał: wskazywał na to brak łóżek w barakach, brak drogi. Oprócz wyżej wymienionej pracy inne osoby zatrudnione były przy pracach porządkowych lub przy przenoszeniu kamieni. Nie przypominam sobie, aby w odcinku BIIb znajdowała się jakaś kantyna. Raz na miesiąc mogliśmy wysłać list do rodzin. Zachowała się jedna kartka pocztowa, którą wysłałem do swojego syna.

[…] Z odcinka BIIb zbiegł tylko jeden więzień, o nazwisku Lederer. W organizowaniu ucieczki pomógł mu esesman Pestek, podobno Rumun z pochodzenia. W ucieczkę Lederera byłem wtajemniczony, coś mu nawet pomagałem, przechowując jakieś rzeczy – lecz, niestety, szczegółów nie pamiętam. Przypuszczam, że stało się to w kwietniu 1944 roku. Po jego ucieczce za karę obcięto włosy wszystkim mężczyznom. Do ucieczki Lederera wszyscy nosili długie włosy. Nie pamiętam, czy nakaz ostrzyżenia włosów dotyczył wyłącznie mężczyzn, względnie także i kobiet. Zaznaczam, że podczas strzyżenia mieliśmy »prawo« wyboru. Albo pozwolić sobie na wystrzyżenie przez środek głowy szerokiego pasa włosów, albo ostrzyc się całkowicie. Każdy wybierał tę drugą ewentualność ze względu na oszpecający wygląd ścieżki. Strzyżenie trwało bardzo długo, chyba około 12 godzin. Przez cały ten czas musieliśmy stać na placu apelowym. […]

[…] Z końcem lutego 1944 roku otrzymaliśmy od władz SS polecenie pisania kartek do krewnych lub rodzin. Jedno nas dziwiło. Był koniec lutego (może 20 lub jakiś następny dzień), a nam kazano pisać późniejszą datę – 25 marca 1944 roku. Gdy pytaliśmy, dlaczego to robimy, oświadczono, że formalności związane z wysyłką trwają bardzo długo. Jednocześnie mówiono nam, że zostaniemy przewiezieni do innej miejscowości. Wymieniono nazwę Heidebreck, gdzie rzekomo mieliśmy pracować.

Tak nadszedł 7 marca 1944 rok. W południe tego dnia zajęty byłem wykonywaniem inspekcji, gdy zaczęto mnie ponaglać. Obruszyłem się na to, mówiąc, że powinność i obowiązek lekarza są ważniejsze. Przeprowadzono nas do odcinka kwarantanny (BIIa).

W tym całym zamieszaniu niejeden z nas obawiał się najgorszego. Rozmawiałem na ten temat ze śpiącym obok mnie dr. Hoffmanem i wspólnie z innymi postanowiliśmy się bronić – jeśli coś będzie zagrażało naszemu życiu.

W odcinku BIIa zakwaterowano nas w barakach i wydano żywność na dwa dni. Starsi stażem obozowym więźniowie mówili, że jeśli otrzymaliśmy chleb i dodatki – to nic nam nie grozi. Ten fakt niewątpliwie uspokoił wzburzone umysły. Wieczorem tego samego dnia wywołano mój numer obozowy. Gdy wyszedłem na ulice obozową, Lagerführer Buntrock sponiewierał mnie i dołączył do grupy liczącej 21 osób (paru innych lekarzy pomocniczego personelu izby chorych). Był to wieczór. Noc spędziliśmy w odcinku kwarantanny, ale w południe następnego dnia przeniesiono nas ponownie do odcinka BIIb, w którym pozostawali ci, których przywieziono transportami w grudniu 1943 roku.

Wieczorem 8 marca 1944 roku zarządzono w całym obozie Blocksperre. Nie można było opuszczać baraków, niemniej słyszeliśmy warkot przejeżdżających samochodów, krzyki ludzi. Rankiem dowiedzieliśmy się o całej tragedii.

Latem 1944 roku w odcinku BIIb uformowano dwa transporty, do których wyznaczono osoby majace ponizej 40 lat. Podałem, że mam  mniej niż 40, więc wciagnieto mnie na liste wyjeżdżających.  Jeden transport odszedł do KL Sachsenhausen, a drugi w dniu 7 lipca 1944 roku przetransportowano do obozu Blechhammer […].”

Źródło: APMA-B, Zespól Oświadczenia, t. 80, s. 222-231.

Fragment wspomnień Johna Freunda, deportowanego do Auschwitz 15 grudnia 1943 roku z getta w Theresienstadt, oznaczonego numerem 168329.

[…] Pociąg składał się z bydlęcych wagonów. Nie miał okien, były wąskie szczeliny w ścianach, które pozwalały, aby wpadało trochę powietrza. Było tylko dość miejsca w naszym wagonie, aby wszyscy siedzieli lub leżeli na podłodze. Otrzymaliśmy żywność na jeden dzień i jakieś koce. Wtedy jechało się wolno, pociąg stał godzinami. Nikt nie wiedział, dokąd jedziemy i jak długo to potrwa. Starzy ludzie, dzieci, mężczyźni i kobiety.

Nasza rodzina była razem, więc mieliśmy trochę wygody. Wyjechaliśmy z Theresienstadt wcześnie rano, kiedy jeszcze było ciemno. Gdy zbliżała się noc, niektórzy ludzie zaczęli chorować lub wpadać w panikę. Dało się słyszeć spory, ponieważ wzrastało napięcie. Ojciec miał swoją czarną, lekarską torbę i w nocy zaordynował zastrzyki kilku chorym ludziom.

Była późna noc, kiedy przybyliśmy na miejsce. Drzwi bydlęcych wagonów otwarto od zewnątrz. Dla pewności zapieczętowano je przed wyjazdem z Terezina.

Umundurowani strażnicy z SS wydawali rozkazy: Szybko wysiadać z pociągu i ustawiać się w rzędach po pięć osób wzdłuż toru! Zauważyliśmy mężczyzn w uniformach w białe i czarne pasy – jak piżamy. To byli więźniowie. Oni nam powiedzieli, że jesteśmy w Auschwitz. Wkrótce stłoczono nas w wielkich ciężarówkach, zamknięto drzwi i włączono silniki. To, co mogłem w niewielkim stopniu zobaczyć na zewnątrz, przedstawiało dziwny widok: długie rzędy lamp elektrycznych i zupełnie płaski krajobraz; wysokie ogrodzenia z drutu kolczastego w doskonale prostych liniach; posterunki obserwacyjne z żołnierzami, ruchome reflektory. To wyglądało jak inna planeta.

Wtedy ciężarówki się zatrzymały. W ciemności zauważyłem, że są sami mężczyźni – kobiety musiały jechać w innych ciężarówkach. Szybko popchnięto nas do wejścia do długiego baraku; a kiedy znaleźliśmy się w środku znów zbiórka w rzędach po pięć osób. Kazano złożyć cały nasz dobytek na jeden stos i rozebrać się. To wtedy po raz ostatni widziałem piękny zegarek i pióro, które dostałem od moich rodziców na bar micwę.

Stojąc nago przez długi czas, zaczęliśmy dygotać. Jeden z niemieckich strażników otworzył na oścież drzwi, aby do środka wtargnęło świeże powietrze. Wtedy miało miejsce najdziwniejsze zdarzenie. Dwóch mężczyzn, mieli może ponad dwadzieścia lat, wpadło przez drzwi. Mieli żółtą skórę i byli tak chudzi, że można było zobaczyć ich kości. Wyglądali niemal na dzikich. Ktoś rzucił im kawałek mydła, o który zaczęli walczyć, myśląc, że to jedzenie. Nigdy nie widziałem istot ludzkich, zachowujących się w ten sposób. Prawdopodobnie od wielu dni nie mieli nic do jedzenia.

Wtedy zaprowadzono nas do następnej hali, w której były prysznice. Leciała z nich letnia woda może przez minutę, a potem zaprowadzono nas znów do kolejnej długiej hali. Tam były stosy podartych koszul, bielizny, skarpet, butów i więziennych czarno-białych pasiaków. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, żeby wybrać swoje rozmiary, więc ubrani, musieliśmy wyglądać zupełnie bezkształtnie. Następnym krokiem było tatuowanie. Staliśmy w szeregu z podwiniętymi lewymi rękawami, dopóki nie podszedł mężczyzna z ruchomym, ostrym przedmiotem, którym wytatuował na skórze lewego przedramienia tatuaż z sześciu cyfr. W końcu golono nam włosy na całym ciele.

Musiał być wczesny ranek, było jeszcze ciemno, kiedy znów nas wepchnięto do ciężarówek i teraz wieziono tylko na krótką odległość, wzdłuż wysokiego ogrodzenia z drutu kolczastego do dobrze strzeżonej bramy obozu – gdzie mieliśmy spędzić następne pół roku.

Ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu w obozie odnaleźliśmy matkę i wszystkie inne kobiety, które przyjechały z nami do Terezina, a także grupę ludzi, których przywieziono do Terezina trzy miesiące wcześniej. Wtedy było w obozie prawdopodobnie 4000 ludzi. Składał się on z dwóch rzędów długich, drewnianych baraków, łącznie około 30. Między dwoma rzędami biegła droga. Chodzenie było trudne z powodu naszych spadających butów i głębokiego błota – błoto było wszędzie. Czasami ktoś niemal topił się w błocie i trzeba było go wyciągać.

W baraku był długi piec o wyglądzie komina, na całą długość baraku – wysokości może 3 stóp i szerokości 3 stóp. Po obu stronach pieca były trzypoziomowe prycze, każda dla 6 osób – po dwóch na każdym poziomie.

Były oddzielne baraki dla mężczyzn i oddzielne dla kobiet. Obóz był z każdej strony otoczony innymi obozami, każdy oddzielony ogrodzeniem z drutu kolczastego pod napięciem. Każdy, kto dotknął drutu, został porażony prądem – natychmiast.

Przez większą część dnia musieliśmy stać na zewnątrz piątkami, a esesmani wciąż nas liczyli. Mieli okrutne twarze, a każdy, kto się ruszył podczas liczenia czy wykonał jakiś gest, był policzkowany lub kopany. To miało miejsce kilka razy dziennie.

W południe przynoszono wielką beczkę z gorąca zupą, którą nalewano każdemu więźniowi do jedynej rzeczy, jaką posiadał, garnuszka z uchem, znanego jako »eschus«. Do zupy dodawano kromkę chleba. To było całe jedzenie do wieczora, kiedy przynoszono beczkę cienkiej herbaty, aby ją nalać do tego samego garnuszka. Rano znowu była herbata, ale nic więcej. W niedzielę zupa była gęstsza, a do chleba dodawano żółtej, pozbawionej smaku margaryny.

Życie w brudzie, kiedy miało się tylko trochę wody do mycia, spowodowało, że problemem stały się pchły. Wszyscy lekarze w obozie – a ojciec był pośród wielu – stali się odpowiedzialni za sprawdzanie ubrania w celu zabijania pcheł. W deszczowy dzień wezwano wszystkich lekarzy i oskarżono ich, że nie pracują dobrze. Zostali ukarani – musieli biec w deszczu i padać w błoto.

Moje zmaganie z pchłami było dramatyczne. Miałem niebieski sweter, jaki otrzymałem, kiedy przyszła zima, a który nosiłem cały czas. Po kilku tygodniach całe ciało zaczęło mnie swędzieć. Zdjąłem sweter, obejrzałem dokładnie i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem setki małych zwierzątek, pełzających i znoszących jaja. Nie mogłem zdobyć się na to, żeby wyrzucić sweter, więc wytrzepałem go, wyprałem i przy użyciu paznokci zabiłem większość bestii.

Innym problemem, jakiego się nabawiłem, były puchnące i bolące dziąsła. Całe usta mnie bolały i prawie nie mogłem ich otwierać. Choroba ta spowodowana była brakiem witamin. Wynędzniałem. Nie leczono mnie; wiosną warunki na krótko uległy poprawie.

Mieliśmy codziennie trochę czasu, żeby swobodnie pospacerować drogą w obozie. Spotkałem kilku przyjaciół, którzy zostali wcześniej wywiezieni z Terezina. Byli tu dłużej i wprowadzali nas w sytuację w obozie. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że obok nas w obozie są czescy Cyganie – wielu z nich to dzieci. Z drugiej strony był obóz tylko dla mężczyzn, a za nim tylko dla kobiet. Nasz był jedynym obozem, gdzie przebywały razem rodziny z Terezina. Dlaczego otrzymaliśmy ten szczególny przywilej?

Najbardziej ciekawiło nas i o to pytaliśmy tych, którzy byli tu dłużej: co to za dwie fabryki, doskonale widoczne z obozu, w odległości może dwóch kilometrów? Każdy budynek miał magazyn i bardzo wysoki, szeroki komin. Z komina często wydobywał się ciężki dym. Czy to są piekarnie, czy może cegielnie? Odpowiedź wstrząsnęła nami i przyprawiła o drżenie.

To są komory gazowe, powiedziano nam, gdzie zabija się ludzi z gett i spala w piecach. Jakoś nie chcieliśmy w to uwierzyć. Kiedy jednak w kilka miesięcy później przybył następny transport z Terezina i został umieszczony w naszym obozie familijnym, nadeszła nasza kolej, aby opowiedzieć wstrząśniętym znajomym prawdziwą historię wielkich kominów. To była dramatyczna prawda, w którą oni sami także nie mogli uwierzyć. […]

Dzięki kilku przedsiębiorczym i idealistycznie nastawionym wielkim przywódcom młodzieżowym władze zezwoliły na to, żeby część jednego z baraków została otwarta dla dzieci do piętnastego roku życia, gdzie mogliby się bawić, czytać i przebywać w wygodniejszych warunkach. Kilku madrichim (młodzieżowych przywódców) zorganizowało małe grupy. Graliśmy w słowne gry, trochę ćwiczyliśmy, śpiewaliśmy, nawet graliśmy w piłkę nożną na dworze.

Nocą i w dzień widzieliśmy amerykańskie samoloty przelatujące bardzo wysoko w kierunku frontu. Wiedzieliśmy, że Niemcy pobici zostali pod Moskwą i że zaczęli się cofać. Dowiadywaliśmy się tego, zanim wyładowano każdy nowo przywieziony transport więźniów.

Odtąd naszą jedyną myślą było: Czy przetrwamy wystarczająco długo, żeby zobaczyć następny dzień? Matka, chociaż nie czuła się dobrze, dodawała nam otuchy, a czasami mogła podzielić się częścią swojej porcji z resztą z nas. […]

Źródło: APMA-B, Zespół Wspomnienia t. 234, s. 186 – 192.

Zdjęcie byłego więźnia Johna Freunda, deportowanego do KL Auschwitz z getta w Theresienstadt. Źródło: APMA-B

Fragment relacji Very Foltynovej, deportowanej do  KL Auschwitz w kwietniu 1943 r. z Theresienstadt, oznaczonej numerem 42808.

„[…] We wrześniu 1943 roku któraś więźniarka przybiegła do mnie (do baraku 24 odcinka BIa), mówiąc, że w Saunie znajdują się moi rodzice. Nie muszę chyba wyjaśniać, jak poruszyła mnie ta wiadomość. Pierwszą myślą była chęć zobaczenia się z rodzicami i uściskania ich. Pobiegłam w kierunku Sauny. Zdobyłam się na odwagę i podeszłam do więźniarki Niemki, pełniącej funkcję Lagerältester. Na imię miała Leo – nazwiska nie pamiętam. Była postrachem obozu. Ale widać zrozumiała mnie, bo kazała zrobić przejście i dzięki temu mogłam porozmawiać z rodzicami, którzy wskazali mi na znajdujący się po drugiej stronie drogi odcinek BIIb, w którym mieli przebywać. Od tej pory bardzo często w wolnych chwilach podbiegałam pod obozowe ogrodzenie i wypatrywałam rodziców. Czasami widzieliśmy się, wołaliśmy do siebie – aż pewnego dnia podenerwowany strażnik SS chciał do nas strzelać. Od tego momentu zachowywaliśmy więcej przezorności. Gdy udało mi się zdobyć trochę chleba, posyłałam go rodzicom przez więźnia Czecha – Ericha Kulkę, który nawet od siebie przekazywał chleb. Trwało to dość długo. W międzyczasie skierowano mnie do pracy w komandzie Bauleitung, więc od tej pory spałam w baraku nr 4 (odcinek BIb), w którym przebywały także dziewczęta zatrudnione w obozowej paczkarni. Naturalnie wiedziały o moich rodzicach, więc pewnego dnia zabrały mnie ze sobą. Wyjaśniam, że część osób przebywających w Familienlager odcinka BIIb otrzymywała od krewnych lub znajomych paczki żywnościowe, które z FKL wózkiem dowożono i rozdzielano w BIIb. Byłam tam parokrotnie i widziałam się z rodzicami. Ojciec znajdował się u kresu sił. Przy kolejnym spotkaniu nawet mnie nie poznał, a gdy mnie wreszcie poznał – rozpłakał się. Obecny przy tym esesman Buntrock pobił ojca i to było przyczyną jego śmierci. Do odcinka BIIb zabierał mnie ze sobą jeden z esesmanów zatrudnionych w Bauleitungu (nazwisko jego zapomniałam), który litował się nade mną wiedząc, że tam przebywa moja matka. Było to możliwe, bo w BIIb robiliśmy jakieś pomiary wewnętrznej drogi.

A potem nadszedł wieczór, kiedy widziałyśmy się na odległość poprzez druty – po raz ostatni. Matka płakała mówiąc, że organizowany jest jakiś transport, od drutów odciągnięto mnie siłą. W nocy podczas likwidacji więźniów z odcinka BIIb, wiedziałyśmy o dokonywanej zbrodni, gdyż samochody przejeżdżały także obok naszego odcinka – kierując się w stronę budynków krematoryjnych.

Trwało to całą noc. Później dowiedziałam się, jak okłamano mieszkańców odcinka BIIb. Powiedziano im, że zostaną przewiezieni do stacji, na której nastąpi załadunek do wagonów, skąd pojadą do pracy w miejscowości Heydenbreck. Tak zginęła moja matka, mająca wówczas 58 lat. Bardzo długo miałam żal do samej siebie. Gdy matka przebywała jeszcze na odcinku BIIb, napisała mi w jednym z grypsów, że jest chora, że ma możność dostać się do izby chorych, gdzie zaopiekuje się nią zatrudniony tam czeski lekarz. Miano ją operować. Odpisałam jej odradzając, aby dobrowolnie nie zgłaszała się do rewiru, z doświadczenia bowiem wiedziałam, jaki los czeka chore więźniarki przebywające w rewirze. Tymczasem gdy likwidowano więźniów z odcinka BIIb, pozostawiono jedynie przy życiu personel lekarski i chorych. Nie wiem, czy matka przeżyłaby operację, ale fakt pozostał faktem – ja jej odradziłam i wspomnienie tego wydarzenia do dnia dzisiejszego nie daje mi spokoju […]”.

Źródło: APMA-B, Zespół Oświadczenia t.78, s. 190 – 192.

Zdjęcie byłej więźniarki Very Foltynovej. Źródło: APMA-B
Gryps napisany przez obozowy ruch oporu i wysłany poza obóz. Zamieszczono w nim informacje o utworzeniu na terenie Auschwitz obozu rodzinnego dla Żydów z getta Theresienstadt oraz o akcji pisania listów w marcu 1944 r. Źródło: APMA-B

Fragment meldunku napisanego przez więźniów z obozowego ruchu oporu w marcu 1944 roku i wysłanego poza obóz. Zawierał on informacje o losach Żydów z getta w Therezienstadt osadzonych w KL Auschwitz:

Listy z zaświata

„[…] W Czechach istnieje specjalne miasto, Theresienstadt, w którym skupieni są Żydzi czescy. Mają tam oni swój samorząd, swoje pieniądze itd., a opiekuje się nimi międzynarodowy Czerwony Krzyż. Gestapo ubiegłego roku sugerując mieszkańcom Theresienstadt pracę na terenie GG na dobrych warunkach, potrafiło wywieźć stamtąd blisko 6 000 osób. Jakim cudem ludzi ci uwierzyli obłudnym zapewnieniom gestapowców, tego naprawdę nie możemy zrozumieć. W każdym razie jednak przywieziono ich do Oświęcimia i umieszczono w specjalnym lagrze. Początkowo obchodzono się z nimi w sposób podejrzanie grzeczny. Pozwolono im mieszkać w obozie razem z rodzinami, zachowali własny personel lekarski i sanitarny. Sielanka ta trwała kilka miesięcy, niemalże do dni dzisiejszych. Obecnie, ponieważ przybyć mają do Theresienstadt nowe transporty z Berlina, przyszedł rozkaz zlikwidowania pierwszego transportu. Cały więc pierwszy transport – 1 800 kobiet i ponad 2 000 – mężczyzn został zagazowany. Dnia 15 marca blisko 4 000 przeważnie zdrowych ludzi (mężczyźni, kobiety, dzieci) wtłoczono do komór gazowych, a po kilku godzinach przewieziono do krematoriów. Dobrana specjalna ekipa esesmanów i kapów w sposób nieludzki przez te kilka godzin obchodziła się ze skazanymi na śmierć. Około 60 osób zatłuczono kijami i uderzeniami kolb karabinów. Cała operacja przeprowadzona została nocą przy zachowaniu jak najdalej idących środków ostrożności, aby pozostali w obozie Żydzi z Theresienstadt niczego nie domyślili się. Aby wprowadzić w błąd resztę Żydów w Theresienstadt i Międzynarodowy Czerwony Krzyż, kazano wszystkim tym nieszczęśliwym na cztery dni przed zagazowaniem napisać listy do swoich bliskich w Czechach. Listy kazano wszystkim zaopatrzyć datą 25 marca 1944 r. Listy te przechowuje Politsche Abteilung, a wyśle je dopiero po 25 marca. W ten oto sposób chce gestapo udowodnić, że w Oświęcimiu nikogo nie gazuje się, a zarazem usiłuje zwabić nowe ofiary z Theresienstadt. Listy te przyjdą do adresatów wtedy, gdy ich autorzy już od kilkunastu dni nie będą żyć. Ogrom hitlerowskiego zwierzęcego okrucieństwa da się tylko porównać z ogromem tchórzostwa, z jakim te bydlęta starają się zacierać ślady swych zbrodni […]”.

Źródło: APMA-B, Ruch Oporu, t. 2, s. 68a.

Pierwsza strona karty pocztowej wysłanej z KL Auschwitz do Pragi. Podano adres zwrotny: Obóz pracy Birkenau, Nowy Bieruń na Górnym Śląsku. Na odwrocie karty pocztowej w górnym prawym roku widoczna data 25 maja 1944 r. Źródło: APMA-B
Druga strona karty pocztowej wysłanej z KL Auschwitz do Pragi. Źródło: APMA-B

Transkrypcja karty pocztowej wysłanej z KL Auschwitz do Pragi:

Kochana Miki                                                   25/III. 44

Dziękuję serdecznie za chleb, pieczywo oraz słodycze. Ciągle myślę o Tobie. Mam nadzieję, że zarówno Ty jak i Twoja rodzina jesteście zdrowi. Cieszę się, że rodzina Pisen nie zapomniała o nas. Pozdrowienia dla wujka Zitka, Zdenka i Franty.

Pozdrowienia i całusy

Twoja Eliska[?]

Fragment wspomnień Jany Adlerovej, deportowanej do Auschwitz w grudniu 1943 roku transportem z Theresienstadt.

Po ucieczce Lederera stałyśmy 12 godzin, musiałam już oprzeć się o córkę. A przecież zawsze się cieszyłyśmy, gdy wyły syreny, a my wiedziałyśmy, że komuś udało się uciec. Oświęcim był taki równy jak stół, a wszędzie dookoła tylko druty, druty, druty, kamienie i jedno tylko drzewo. A to było bardzo piękne, kiedy komuś mimo wszystko udało się uciec.

Źródło: APMA-B, Zespół Wspomnienia t. 237, s. 216 – 217.

Telegram informujący o ucieczce więźnia z obozu rodzinnego dla Żydów z Terezina w Birkenau – Siegfrieda Lederera. Źródło: APMA-B

Transkrypcja telegramu  informującego o ucieczce więźnia z obozu rodzinnego dla Żydów z Theresienstadt w Birkenau – Siegfrieda Lederera

Tajna Policja Państwowa

Placówka Policji Państwowej Hohensalza

Obóz Koncentracyjny Auschwitz nr, 3367 6/4/44 1130 GRM

Do  RSHA, Roem 4 C2, w Berlinie Do SS-WVH., Grupa Urzędów D, Oranienburg. – 3

Do wszystkich  wschodnich palcówek policji państwowej, kryminalnej i granicznej

 

Pilne do natychmiastowego przedłożenia

Dotyczy: Żydowskiego więźnia politycznego Sigfrida Israela Lederera, urodzonego 6.3.04 w Albersdorf –  Jahau/ Protektorat., zamieszkałego ostatnio i przebywającego w Terezinie, Langestrasse 18.

Lederer, skierowany tutaj przez RSHA w dniu 19.12.43 roku uciekł z obozu (z obozowego odcinka B) w nocy z 5 na 6.4.44. Zarządzona natychmiast akcja poszukiwawcza do chwili obecnej nie przyniosła sukcesu. Prosi się zatem o rozpoczęcie dalszych akcji poszukiwawczych a w przypadku ujęcia poszukiwanego  o przesłanie stosownych informacji.

Dalej:

RSHA, prosi się o wykonanie odpisu Lederera  w książce śledczej.

Do SS-WVH – meldunek Reichsfuehrerowi już wykonany. Kolejny raport nastąpi. Winy posterunkowych jak dotąd nie stwierdzono.

Fragment wspomnień Otto Deutscha deportowanego do Auschwitz 16 grudnia 1943 roku z getta w Theresienstadt, oznaczonego numerem obozowym 170105.

[…] Myślę, że to musiało być pod koniec marca lub kwietnia 1944 roku, kiedy usłyszeliśmy plotki, że uciekł blokowy Lederer. Okazało się, że to nie plotka, ale to, co wydawało się niewiarygodne, było prawdą. […]

Mieliśmy świadomość, że nasza końcowa data wkrótce nadejdzie i czeka nas los taki sam, jak transporty wrześniowe. Ale 20 czerwca nadszedł – i nic się nie stało. W następnych dniach dr Mengele zorganizował selekcje. […] W czasie selekcji wybrał silne kobiety. Zdarzały się przerażające tragedie: były tam kobiety, które tak bardzo chciały żyć, że pozwalały się rozdzielać ze swoimi dziećmi, i były takie, które wybrały śmierć ze swoimi dziećmi. Sceny, których byliśmy świadkami, były nie do opisania. […]

Później przyszła nasza kolej na selekcję. […] musieliśmy się na wpółnadzy ustawić piątkami. Kiedy esesman dał rozkaz, pierwszy szereg musiał trochę wystąpić i opuścić spodnie. Jeżeli na czyimś ciele odkryto nawet najmniejszą bliznę, takiemu więźniowi kazano stanąć po jednej stronie. Nie muszę podkreślać, że nigdy już nie zobaczyliśmy »wyselekcjonowanych«. Następnie zabrano nas w pobliże Sauny, która była tuż obok krematoriów i komór gazowych. To było nieprzyjemne uczucie, ponieważ nie wiedzieliśmy, co się będzie dalej działo. To prawda, że powiedziano nam, że pojedziemy do obozu pracy o nazwie Blechhammer, ale nie bardzo temu ufaliśmy po naszym doświadczeniu z Heydebreck. Zostaliśmy jednak zaprowadzeni do ogromnej łaźni i założyliśmy ubrania typowe dla obozu koncentracyjnego w białe i niebieskie pasy, jak też bieliznę, czapki i płaszcze. Zamiast butów dostaliśmy drewniane chodaki. Po raz pierwszy od długich miesięcy wzięliśmy prysznic i poczuliśmy się w miarę czyści. Na drodze za drutami stał konwój ciężarówek z odkrytymi platformami, czekającymi na nas. Musieliśmy siedzieć na pietach jeden za drugim. […] Naszym celem było Blechhammer, 90 km od Birkenau […].

Źródło: APMA-B, Zespół Wspomnienia, t. 238,  s. 61-70.

Fragment relacji Jehudy Backona deportowanego do Auschwitz z getta w Theresienstadt w grudniu 1943 roku, oznaczonego numerem obozowym 168 194.

[...] Po naszym przybyciu zostaliśmy podzieleni na dwie grupy: oddzielnie kobiety oddzielnie  mężczyźni. My, dzieci, pozostaliśmy w grupie z mężczyznami i starcami. Ja byłem wraz z moim ojcem. […] Po jakimś czasie  przyszedł Fredi Hirsch z kilkoma współpracownikami z wydziału dla młodocianych, zarejestrował młodocianych do 16 roku życia i skoncentrował nas w części bloku, w którym przebywały osoby starsze, co spowodowało, że mieliśmy pewne fory. I tak na przykład nie maltretowano nas i nie musieliśmy doznawać nieprzyjemności przy rozdziale zupy. Nie byliśmy także zbyt narażeni na szykany więźniów funkcyjnych. Moja grupa, która przebywała w bloku, liczyła wówczas 40 młodocianych. Spałem razem z czterema przyjaciółmi z Terezina […].

 W grudniu – styczniu 1943 roku udało się Frediemu Hirschowi umieścić nas wszystkich w bloku dla młodocianych. [...]

Przypominam sobie, że kiedy jeszcze przebywaliśmy w baraku razem z osobami starszymi, przed blokiem często widziałem leżące ciała. Jeśli sztubowy tego nie zauważył, wieczorami niektórzy z więźniów zabierali z ciał co lepsze rzeczy. Ludzie starzy umierali „śmiercią naturalną”, tzn. z głodu lub w wyniku utraty sił. W moim bloku umierało przeciętnie 10 – 20 osób. Nie pamiętam jednak dokładnie, ilu więźniów było umieszczonych w bloku, był on zawsze pełny. Przeciętnie mogło to być 500 osób. My, młodociani, zajmowaliśmy jedną pryczę – na każdej z koi 7 osób. Pamiętam, że kiedy było zimno, ci spośród nas, którzy spali na rogu, wymieniali się co dwie godziny z tym, którzy leżeli pośrodku pryczy. Do dyspozycji mieliśmy jeden, względnie dwa koce. Przypominam sobie, że stosowaliśmy pewne triki, ażeby  zdobywać racje pokarmowe, także dla tych więźniów, którzy byli w stanie agonalnym lub za tych, którzy już nie żyli. Pozostawialiśmy ich jeszcze leżących przez 1 – 2 dni lub racje tych, którzy już dogorywali były przekazywane „zdrowym”. […]

Nie jestem w stanie podać, ilu więźniów przebywało w Auschwitz w czasie mojego pobytu. Dość dokładnie znane mi są szczegóły związane z transportami czeskimi, gdyż te mnie szczególnie interesowały. Wiem na przykład, że kiedy byłem w Auschwitz, zagazowano w tym obozie 400 000 Żydów z Węgier. Dzięki mojej późniejszej pracy w komandzie rollwagen mogłem na własne oczy  obserwować przeprowadzane selekcje. Wcześniej, jeszcze kiedy ja zostałem tu skierowany, starano się transportować ludzi z rampy do Brzezinki, później tory prowadziły już pod same krematoria. Pociągi przyjeżdżały na naszych oczach. Dobrze przypominam sobie pierwszy transport z Węgier - wówczas przebywałem na odcinku BIIb. Ogłoszono bloksperrę, a nam udało się ukryć. Widzieliśmy wysiadających z pociągu ludzi. Było to dla nas coś dziwnego – cała ta sytuacja. Widzimy ludzi ubranych w cywilne ubrania, my jesteśmy cały czas w pasiakach. Mowa tych ludzi była bardzo dziwna dla nas. Byli  dobrze ubrani, wielu z nich było jednak bladych i przemęczonych. Szczególnie wyczerpane długą podróżą były osoby starsze. Później z odcinka dla mężczyzn widziałem, jak prowadzono ludzi pomiędzy odcinkami C i D do sauny lub do komór gazowych. Jeśli ludzie szli prosto, byli prowadzeni do krematoriów 1 i 2 lub też do Sauny. My schowani byliśmy na rogu i mogliśmy wszystko obserwować, co oczywiście było zabronione. Przychodziły także transporty z Terezina, z których ludzi także prowadzono do gazu. Niewielu  kierowano do obozu. Byłem bardzo zainteresowany, aby zobaczyć jak wygląda selekcja.

Zachowanie deportowanych do Auschwitz ludzi było różne. Transporty z Terezina lub też z Węgier nie miały zielonego pojęcia, dokąd przybywają. Były transporty, które jednak nie szły jak baranki na rzeź.[…]

Pracowałem także na rampie podczas  przybywania transportów. […] Z Terezina znałem wiele dzieci, którzy byli moimi przyjaciółmi. Wiedziałem, że jeśli dziecko pozostanie z matką, to pójdzie do gazu. Czasami udawało mi się wymienić kilka słów z ludźmi  […]. Widziałem także kilku przyjaciół, z którymi w Terezinie mieszkałem w jednym bloku dla młodocianych. Później kiedy już przebywałem na odcinku męskim, to było wiele później, często mogłem obserwować selekcje. […]

[...] To, o czym teraz powiem, miało miejsce w marcu 1944 roku. Wówczas pełniłem funkcję palacza w bloku dla dzieci i zajmowałem się przygotowywaniem zupy. Wrzucałem nadpleśniałe kawałki ciasta do garnka. Pewnego razu znalazłem w cieście kilka tulejek szklanych, w których ukryte były pieniądze – marki. Ludzie z zewnątrz starali się tym sposobem przeszmuglować dla swoich bliskich trochę pieniędzy. Dzięki tym pieniądzom mogliśmy nabyć trochę żywności. W pobliżu pieca, przy którym pracowałem, znajdowało się wydzielone pomieszczenie, służące Frediemu Hirschowi jako biuro. Często musiałem uważać, kiedy esesman Pestek wchodził do środka i chciał porozmawiać z Freddim w cztery oczy. Był on bardziej ludzki niż inni esesmani. Wszyscy palacze musieli zawsze uważać, aby żaden z esesmanów nie zbliżył się i nie wszczął  alarmu. My przygotowywaliśmy wypiekany chleb  dla innych, również dla starszych więźniów, dzięki czemu ciągle mogłem coś przesyłać swoim rodzicom. Czasami przynosiłem im zupę, a wtedy dochodziło do scen z moimi rodzicami. Ojciec ciągle mi powtarzał: „Musisz jeść, my tak czy inaczej jesteśmy już zgubieni!”. Także kiedy ojcu przynosiłem kilka kostek cukru, ciągle był problem, kto je powinien zjeść.

[...] Pod koniec marca 1944 roku nagle doszło do wybuchu epidemii tyfusu. Nie u nas dzieci, ale ogólnie w obozie. Wówczas przebywaliśmy na kwarantannie. Natychmiast zostaliśmy odizolowani od innych. Pamiętam, jak bardzo się baliśmy. Wiedzieliśmy, że już niebawem może nastąpić likwidacja naszego transportu i na początku pomyśleliśmy, że kwestia epidemii tyfusu była przykrywką dla tej akcji. Zaraz po zakończeniu okresu kwarantanny ogłoszono pewnego dnia:  nowy transport (czyli my) odejść na bok. Stary transport (wcześniejszy, który przybył w sierpniu) został zabrany na odcinek A-obozu. Ludzie z transportu sierpniowego, którzy do tej pory byli z nami, byli w o wiele gorszym stanie niż my, gdyż cierpieli już wcześniej, zanim my trafiliśmy do obozu. Ostatniego dnia, 7 marca, zaczęliśmy świętować, […] urodziny naszego Kinderheimu (ośrodka dla dzieci)  w Terezinie. Wtedy była to pierwsza rocznica jego istnienia. Był to dla nas bardzo ważny dzień. Freddi Hirsch znał nas z Terezina. Przygotowaliśmy kawę, upiekliśmy placek i rozpoczęliśmy świętowanie. Poszedłem do Frediego, aby zaprosić go na uroczystość. Pamiętam, że wówczas był bardzo zdenerwowany i jakby duchowo nieobecny. Przeprosił mnie i powiedział, że nie weźmie w tym udziału. Także i jego sekretarka ciocia Hanka była podenerwowana. […] Był to ostatni wieczór. Szczególnie zapadła w pamięci atmosfera panująca tego dnia w baraku dla dzieci. Rozmawialiśmy całkiem szczerze ze sobą. Były wśród nas zarówno dzieci ze starych transportów, jak i z nowych. Wiedzieliśmy, że starsi już odeszli. Ja rozmawiałem na przykład ze swoim kolegą, który także był palaczem w bloku dla dzieci, który wówczas powiedział mi: „Ach, nie bój się, w niebie także dostanę funkcje palacza, tam jest ciepło i zawsze dużo jedzenia.” Tak więc w tych ostatnich godzinach raczyliśmy się wzajemnie wisielczym humorem.

Gong w Auschwitz  był czymś bardzo symbolicznym. Gong był jednocześnie zegarem, gdyż posiadanie zegarków było zabronione. Kiedyś ktoś powiedział: „No, już za kilka dni będę dzwonił gongiem u Św. Piotra”. Każdy w obliczu śmierci chciał jeszcze pożartować, co czynili także i młodociani.

Następnego dnia odeszli. Niemcy ponownie zagrali szatańską scenę: chorzy, bliźnięta oraz lekarze mogli pozostać (dla Czerwonego Krzyża). Cel tego był jasny – oszukać do ostatniej chwili  ludzi ze starych transportów teresińskich. Mówiono im, że zostaną przeniesieni do innego obozu. Było wielu, którzy dali temu wiarę, tłumacząc sobie to w ten sposób, że jeśli pozostawia się starszych, bliźnięta oraz lekarzy, to przecież na pewno innych nie posyła się na śmierć. To wzmocniło poczucie optymizmu u wielu. Tak długo jak nasz transport był razem z transportem sierpniowym w części dla dorosłych, panowała atmosfera strachu, czego my, dzieci, u nas nie doświadczaliśmy. Starsi doznawali brutalnego traktowania ze strony funkcyjnych. Kiedy ten transport już odszedł, cała atmosfera uległa zmianie. Ludzie z naszego transportu objęli różne funkcje (sztubowych, blokowych). Obóz był już w połowie martwy, nie panował w nim tłok, czuć było więcej swobody. Ludzie, którzy wcześniej byli zastępcami panujących, teraz chwycili ster. Zastępca starszego obozu stał się teraz starszym obozu. Nazywał się  Willig Brachmann czy jakoś podobnie. Był bardzo ludzki, pomimo iż nie był Żydem, ale niemieckim kryminalistą. […]

Z okazji Święta Paschy, było to zapewne w marcu, utworzyła się pewna grupa osób, tych którzy wcześniej przebywali w ośrodku dla młodocianych w Terezinie, do których i ja się zaliczałem. Wstaliśmy tego dnia wcześnie i udaliśmy się  do bloku dla młodocianych. Tam otrzymaliśmy od Miriam Edelstein, która wówczas pracowała w tym bloku, trochę mąki, z której wypiekliśmy macę. Ogień, który palił się od poprzedniego dnia, prawie ugasł, jednak, co postrzegamy za cud, pomimo braku zapałek udało nam się go na nowo rozpalić.

Minął 20 czerwca. Nic się nie wydarzyło. Nagle  zaczęto przeprowadzać selekcje. Nieopisane poruszenie w obozie. Myślano wówczas, że dochodzi do likwidacji obozu. Każdy  zaczął pakować tych niewiele rzeczy, które jeszcze posiadał. Wybrano kobiety zdolne do pracy bez dzieci oraz mężczyzn – także zdolnych do pracy w wieku od 16 – 45 lat. Każdy nago musiał przejść, także i ja. W obozie byli jedynie: kobiety z dziećmi, starsi mężczyźni oraz osoby chore. Moja dwudziestoletnia siostra przeszła przez selekcję, moja mama po raz pierwszy została odrzucona, gdyż niedawno chorowała na zapalenie płuc i pomimo, iż miała czterdzieści lat, wyglądała na sześćdziesiąt. Moja siostra starała się wpłynąć na nią, aby spróbowała jeszcze raz przejść przez selekcję. Matka nie chciał tego zrobić, tłumaczyła, że nie ma już siły dalej żyć. Siostra przekonywała ją, żeby myślała o mnie, co ją przekonało. Matka podeszła jeszcze raz , co nie zawsze było możliwe. A jednak się udało. Nie wszystkie selekcje odbywały się w identyczny sposób. Później selekcje przeprowadzano, stosując zasadę 150 lub 160 cm wzrostu, ten kto był niższy lub posiadał jakieś blizny, „odpadał”. Czasami musiano skakać przez jakiś kamień i komu się to nie udało, tego kierowano na śmierć. Mój ojciec pozostał ze mną i z osobami chorymi w obozie. Poza tym „pozwolono” kobietom – zdolnym do pracy – pozostać w obozie. Uczyniono to jednak pod warunkiem, że pozostawią swoje dzieci. Która jednak  była gotowa opuścić swoje dzieci? Ponadto chciałem wspomnieć, że w obozie dochodziło do urodzeń dzieci i przypominam sobie, że krótko po narodzeniu tatuowano tym niemowlakom numery. Czyniono to nie na rączce, tylko na pośladku. Pamiętam przypadek, kiedy pewna kobieta próbowała swoje nowo narodzone dziecko wziąć ze sobą na selekcję, chowając je w siatce. Już prawie się jej udało, jednakże w pewnym momencie dziecko zaczęło krzyczeć, co zauważył esesman i odesłał ją. Była to niezwykle komiczna sytuacja. Wielu traciło zmysły przy tego typu sytuacjach.

Przed selekcją doktor Menele informował kobiety, że wraz z dziećmi zostaną skierowane do specjalnego ośrodka, gdzie są czyste ściany, pięknie wyglądające budynki, gdzie panuje spokój. Oczywiście, mówiąc to, myślał o krematoriach, gdzie wszystko było białe.

Po przeprowadzeniu selekcji pozostaliśmy w obozie ze starszymi ludźmi. Atmosfera była tragiczna. Nie dochodziło wprawdzie do bójek o każdą kromkę chleba, jak miało to miejsce wcześniej, ale obóz był  jak wymarły. Ja czułem się jak skazany na śmierć, gdyż nie miałem jeszcze szesnastu lat i przebywałem razem z tymi, którzy mieli być przeznaczeni na śmierć. Miałem czternaście i pół roku […].

Ojciec pozostał ze mną (matka z siostrą zostały przeniesione do Stutthof, gdzie zmarły z wycieńczenia). Po około tygodniu przyszedł ponownie Schwarzhuber – główny kierownik Birkenu i rozpoczął pośród nas młodocianych selekcję, podczas której wybrał 80-90 z nas. Po kilku dniach miała miejsce kolejna selekcja, tym razem przeprowadzał ją doktor Mengele, któremu wybitnie nie odpowiadało to, że osoba, która nie była lekarzem, przeprowadzała selekcje. To zapewne spowodowało, że przeprowadził dodatkowo kolejną selekcję. Odgrywały się straszne sceny. Nie wiedzieliśmy, czy mamy się zgłosić i iść razem z rodzicami, czy też nie. Ja miałem jeszcze ojca, ale wielu innych całe rodziny. Niektórzy mówili swoim rodzicom, że do końca pójdą za nimi. Także i rodzice próbowali czasami wpłynąć na dzieci, aby te szły razem z nimi. W innych przypadkach tłumaczyli im także: „Ty musisz żyć, ja niestety muszę umrzeć”. Tak jak mi to opowiedział mój ojciec. Jak dziwna była cała ta sytuacja, wynika to z następującego faktu: przed każdą kuchnią znajdował się basenik z wodą, do którego nikt nie miał dostępu. Tego dnia mieliśmy możliwość trochę w nim popływać i nikomu to nie przeszkadzało. Była to atmosfera „laisser passer”.

6 lipca 1944 roku nasza grupa, licząca 86 lub 89 chłopców, została wyprowadzona. Z obozu dla mężczyzn przybył polski więzień-kapo. Następnie odmaszerowaliśmy, dokąd? Tego wówczas nie wiedzieliśmy. Kierunek prowadził w stronę krematorium. My ciągle myśleliśmy, że udajemy się do kolejnego obozu lub do krematorium. Przechodziliśmy przez odcinki B, C, D. To, co dawało nam pewną nadzieję, to to, że maszerowali z nami młodociani, którzy służyli esesmanom jako gońcy. Napięcie ciągle rosło. Doszliśmy na odcinek E – obóz cygański. Znajdował się tam niewielki oddział dezynfekcyjny, gdzie poddano nas odwszeniu. Obok znajdowała się stacja doświadczalna doktora Mengele. […] My udaliśmy się na odcinek dla mężczyzn, a dokładniej umieszczono nas w bloku 13 (karna kompania). Był to jeden z najgorszych bloków. Nie zostaliśmy tam skierowani w ramach nałożonej kary, ale aby doznać specjalnego potraktowania. Nie obcięto nam także włosów. W bloku 13 panowała surowa dyscyplina. Nadmierna czystość. Bloki karne 9, 11 oraz 13 były blokami zamkniętymi - 11 to było krematorium [był to barak dla Sonderkommando]. W bloku zainstalowanych było kilka toalet. Blokowy nazywał się Bednarek i był Volksdeutschem z Polski, posiadającym w obozie pewne przywileje (nie musiał mieć ogolonej głowy). Był więźniem politycznym, który przyjął nas w miarę życzliwie. My byliśmy zdziwieni, jaka panowała tu czystość i porządek – to była karna kompania […].

Źródło: APMA-B, Zespół Oświadczenia t. 23, s. 18-36.

Zdjęcie byłego więźnia KL Auschwitz Jehudy Backona wraz z rodziną. Źródło: APMA-B
Fotografa Jehudy Backona wykonana w 1946 r., po przyjeździe do Palestyny. Źródło: APMA-B

Fragment wspomnień Johna Freunda, deportowanego do Auschwitz 15 grudnia 1943 roku z getta w Theresienstadt, oznaczonego numerem 168329.

Nadeszła wiosna 1944 roku. Pogoda nieco się poprawiła, ale błoto było większe. W marcu wszczęto alarm. Ci wszyscy w obozie, którzy przybyli z Terezina w transporcie poprzedzającym nasz, mieli wyjechać. Nikt nie wiedział dokąd. Ledwo stłumiono panikę. Wtedy wszyscy wiedzieli, że wielkie fabryki w pobliżu były komorami gzowymi. Już nie było dłużej żadnej wątpliwości. W marcu wszystkich tych »starych« więźniów z obozu familijnego wywieziono ciężarówkami i nigdy więcej o nich nie słyszano.

Kiedy będzie nasza kolej? To było główne, dręczące pytanie. […]

Początek lipca. Wielka panika. Teraz nadeszła nasza kolej na wyjazd. Czy pójdziemy śladem naszych znajomych, którzy zniknęli w marcu? […]

Raczej nie wszyscy zostaliśmy wywiezieni w tym samym czasie, wywożono nas w grupach: najpierw wszystkich zdrowych mężczyzn, między 16 a 50 rokiem życia. Pożegnałem się z ojcem i Karlem i widziałem ich wychodzących. Był gorący, suchy dzień. Później słyszałem, że pojechali jako robotnicy do jakiegoś obozu pracy. Nigdy nie dowiedziałem się, jak zmarli.

Następnego dnia – to było 6 lipca, dokładnie miesiąc po moich urodzinach – zgromadzono wszystkich chłopców w wieku od 14 do 16 lat. Nago staliśmy w szeregu przed bestią – najbardziej przerażającym tam człowiekiem, doktorem Mengele. Był przystojny i ubrany w najbardziej elegancki mundur. Kiedy przechodziliśmy obok niego, wskazywał palcem – na lewo bądź na prawo. W grupie, do której dołączyłem, było prawie 100 chłopców. Kazano nam zabrać nasz dobytek, pożegnać się szybko z innymi i ustawić w szeregu przed bramą obozu. Pożegnałem się z matką. Myślę, że cieszyła się, iż byłem razem z silniejszymi chłopcami. Wiedziała, jaki miał być jej koniec. (…) Tej nocy ci, którzy zostali w obozie familijnym, zostali zagazowani. Wywieziono ich w zamkniętych ciężarówkach. Wielu płakało. Jak się później dowiedzieliśmy od obsługujących komory gazowe, czescy Żydzi umierali śpiewając czeski hymn »Gdzie jest mój kraj« i  »Hatikvah«. […]

Setka chłopców, którzy przybyli z obozu familijnego, została umieszczona w baraku nr 13 (w obozie męskim, na odcinku BIId w Birkenau – przyp. red). […]

Mieliśmy obowiązki. Dzień zaczynał się o 5.30 latem czy zimą. Kiedy było jasno, zatrudniano nas do transportu materiałów – takich jak cegły piasek, a zimą śnieg, na wielkim odkrytym wozie. Nie ciągnął go koń, tylko pchaliśmy wóz my. Przy jednym wozie pracowało około 15 chłopców. Wyznaczano nam miejsce, gdzie mięliśmy pchać wóz i kazano nam tam zostać. Wieczorem siedzieliśmy na naszych pryczach lub na kominie pośrodku baraku, rozmawiając lub grając w słowne gry. Nocami na naszych pryczach budziły nas wielkie szczury, które były głodne i atakowały ludzi. […]

Nadszedł styczeń 1945 roku. Nasz obóz został ewakuowany. Zaczął się ostatni marsz. […].

Źródło: APMA-B, Zespół Wspomnienia t. 234, s. 186 – 192.

Autorzy: artykuł

Autor — dr Łukasz Martyniak, Centrum Badań PMA-B
Autor — dr Maria Martyniak, Projekty Edukacyjne PMA-B
Tłumaczenie na język angielski/Translation to English — Justin Nnorom

Twórcy wszystkich multimediów
Pokazane artykuły w niektórych przypadkach mogły zostać przygotowane przez firmy niezależne, dlatego nie zawsze będą zgodne z poglądami wymienionych poniżej instytucji, które dostarczyły te materiały.
Przetłumacz z Google
Strona główna
Przeglądaj
W pobliżu
Profil